Polski Związek Wędkarski - Koło "Okoń"

Czy chciałbyś aby zawody były organizowane również w sobotę?



Statystyki

21.07.2019

Gości online: 21

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 351

Najnowszy użytkownik: JerryJJ

Shoutbox

08.02.2013 10:16

Trzech panów w łódce, nie licząc psa.

 

Zatrzymaliśmy się w Streatley dwa dni i oddaliśmy nasze rzeczy do prania. Próbowaliśmy

wyprać je sami w rzece, pod nadzorem George'a, ale bez skutku. A właściwie był skutek, tyle

że odwrotny do zamierzonego. Przed praniem ubrania były rzeczywiście bardzo brudne, ale od

biedy nadawały się do noszenia. Po praniu natomiast rzeka pomiędzy Reading i Henley stała się

dużo czystsza niż przedtem. Zebraliśmy cały brud płynący w rzece pomiędzy Reading i Henley

i wimpregnowaliśmy go w nasze ubrania.  Praczka w Streatley powiedziała, że przez zwykły szacunek

do swego zawodu musi nam policzyć potrójna stawkę. Co innego pralnia, co innego oczyszczalnia

ścieków, dodała. Zapłaciliśmy rachunek bez szemrania.

Okolica Streatley i Goring to znakomite tereny rybackie. Wyśmienicie się tu wędkuje. Rzeka

roi się od szczupaków, płotek, okoni, kiełbi i węgorzy. Nic tylko siedzieć i łowić, od rana do

wieczora.  Niektórzy to robią. Nigdy nic nie łapią. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktokolwiek coś złowił w

Tamizie, oprócz piskorzy i zdechłych kotów, ale to oczywiście nie ma nic wspólnego z rybami!

Lokalny przewodnik wędkarza nie wspomina, że coś miałoby się złapać. Stwierdza tylko, że w

okolicy są „dobre stanowiska wędkarskie". Na tyle, na ile znam ten rejon, mogę poprzeć to

stwierdzenie w całej rozciągłości.

Nie znam drugiego miejsca na świecie, gdzie można by się tyle nałowić. Niektórzy przyjeżdżają

tutaj i łowią przez cały dzień, inni zostają na cały miesiąc. Jeśli jesteś wytrwały, możesz łowić nawet

cały rok: rezultat będzie ten sam.  Przewodnik wędkarza po Tamizie mówi, że „można tu złowić także

młode szczupaki i okonie", lecz w tym miejscu przewodnik się myli. Może tu nawet są młode

szczupaki i okonie. Właściwie to wiem na pewno, że są. Można je zobaczyć na płyciznach, gdy

spaceruje się brzegiem .Podpływają i do połowy wystają z wody z otwartymi pyszczkami, dopraszając

się chleba. Kiedy idziesz się wykapać, robią zbiegowisko, wchodzą ci w drogę i grają ci na nerwach.

Nie można ich jednak „złowić" za pomocą kawałka robaka na haczyku albo czegoś w tym rodzaju –

czyste mrzonki!

Ja sam nie jestem zbyt dobrym wędkarzem. Kiedyś oddawałem się temu z dużym zapałem i

sądziłem, że całkiem dobrze mi idzie. Od starych wyg dowiedziałem się jednak, że nic ze mnie

nie będzie i powinienem dać sobie spokój. Powiedzieli, że wyśmienicie zarzucam, mam duży

dryg do wędkarstwa i posiadam wystarczająca ilość organicznego lenistwa. Mimo to byli

przekonani, że nie wyrosnę na rasowego rybaka. Brakowało mi do tego fantazji.

Mówili, że może nadaje się na poetę, autora brukowych powieści czy reportera, ale powołanie

wędkarza znad Tamizy wymaga większej wyobraźni i twórczej inwencji, niż oni u mnie dostrzegają.

Są ludzie, którym się wydaje, że wszystko, czego potrzeba, aby zostać dobrym rybakiem, to

umieć potoczyście blagować i nie rumienić się przy tym. Mylą się jednak. Zwyczajne fantazjowanie

nie wystarczy - to potrafi byle nowicjusz. Wytrawnego wędkarza poznamy po bogactwie

dodatkowych informacji, które przydają historii wiarygodności, po ogólnym klimacie

skrupulatnej - jeśli nie wręcz pedantycznej - wierności szczegółom.

Każdy może przyjść i powiedzieć: „Złapałem wczoraj piętnaście tuzinów okoni" albo „W

zeszły poniedziałek dorwałem kiełbia, który ważył osiemnaście funtów i mierzył trzy stopy od

głowy do ogona". Do tego nie potrzeba żadnego talentu, żadnej wprawy. Wystarczy trochę tupetu.

Wybitny wędkarz spaliłby się ze wstydu, gdyby się miał uciekać do takich prostackich łgarstw.

Jego metoda jest prawdziwa etiuda konfabulacji. Wchodzi po cichu, nie zdejmując kapelusza,

zagarnia najwygodniejszy fotel, zapala fajkę i

zaczyna pykać w milczeniu. Pozwala młodym trochę pozadzierać nosa, po czym, gdy na chwile

zabraknie im tchu, wyjmuje fajkę z ust i rzuca od niechcenia, wytrzepując popiół do kominka:

- We wtorek wieczór miałem taki połów, że szkoda nawet o tym gadać.

- A to dlaczego? - pytają.

- Bo i tak nikt by mi nie uwierzył - odpowiada stary lis spokojnie i bez krztyny goryczy w

głosie, po czym ponownie nabija fajkę i zamawia u oberżysty potrójna szkocka, tylko żeby była

zimna.

Zapada cisza, gdyż nikt nie czuje się wystarczająco pewny siebie, żeby zadać kłam starszemu

panu. Ciągnie wiec dalej bez niczyjej zachęty.

- Nie - mówi w zamyśleniu - ja też bym nie uwierzył, gdyby ktoś mi opowiedział cos takiego,

ale fakt jest faktem. Siedziałem całe popołudnie i nie złapałem dosłownie nic - oprócz paru

tuzinów kleni i kilkunastu szczupaków. Właśnie miałem dać za wygrana, kiedy poczułem

niezłe szarpniecie. Myślałem, że to znowu jakaś drobnica i pociągnąłem do góry. Niech mnie

licho, jeśli wędzisko choćby drgnęło! Zajęło mi pół godziny - pół godziny, panie dobrodzieju! -

żeby uziemić te bestie! Do tego cały czas myślałem, że trzaśnie żyłka! W końcu wyszedł na

wierzch i - jak myślicie, co to było? Jesiotr! Czterdziestofuntowy jesiotr! Na żyłkę, panie dobrodzieju!

Na waszym miejscu też bym wytrzeszczył gały - jeszcze jedna potrójna szkocka,

jeśli łaska.

A potem opowiada o tym, jacy wszyscy byli zdziwieni, co powiedziała żona, kiedy przyniósł

swe trofeum do domu i co sadził na ten temat Joe Buggles.

Spytałem kiedyś oberżystę w nadrzecznej gospodzie, czy wysłuchiwanie opowieści moczy kijów

nie doprowadza go czasem do pasji.

- E, już nie, proszę szanownego pana. Z początku trochę żem się wściekał, ale teraz, gdzie tam,

możemy tego słuchać z moja stara od rana do nocy. Wie pan, człowiek się przyzwyczaja. Do

wszystkiego można się przyzwyczaić.

Znałem kiedyś pewnego młodzieńca, który był człowiekiem bardzo rzetelnym. Kiedy zajął się

łowieniem na muszkę, poprzysiągł sobie, że nie będzie wyolbrzymiać swych połowów o więcej

niż dwadzieścia piec procent.

- Jeśli złapie czterdzieści ryb - tłumaczył - powiem ludziom, że złapałem pięćdziesiąt, i tak

dalej. Bardziej nigdy nie skłamie, bo kłamstwo to grzech.

Metoda dodatkowej ćwierci nie wypaliła. Młody człowiek nigdy nie zdołał jej wdrożyć. W

ciągu jednego dnia nie złapał nigdy więcej niż trzy ryby, a do trzech nie da się dodać dwudziestu

pięciu procent - przynajmniej w przypadku ryb.

Zwiększył wiec odsetek do trzydziestu trzech, ale to również nastręczało trudności, gdy złapał

tylko jedna rybę albo dwie. Aby nie komplikować sobie życia, postanowił po prostu podwajać

rzeczywista liczbę.

Trzymał się tej metody przez dwa miesiące, lecz był z niej niezadowolony. Nikt nie chciał mu

wierzyć, kiedy twierdził, że tylko podwaja, wiec nie zyskał wiarygodności u słuchaczy, a dodatkowo

stawiał się w niekorzystnej sytuacji wobec innych wędkarzy. Kiedy złowił trzy małe

rybki i mówił, że złowił sześć, miotała nim zazdrość, gdy słyszał, że człowiek, który na jego

oczach złapał jedna, rozpowiada po całym mieście o dwóch tuzinach.

Ostatecznie podjął decyzje, której od tej pory z najwyższa skrupulatnością przestrzega, że

policzy każda złapana rybę jako dziesięć, przy czym za punkt wyjścia przyjmie właśnie dziesięć

ryb. Na przykład jeśli nic nie złowi, mówi że złowił dziesięć - w tym systemie nie da się

złapać mniej niż dziesięć ryb. Jest to podstawa całej metody. Jeżeli przypadkiem złowi jedna

rybę, liczy ja za dwadzieścia, dwie za trzydzieści, trzy za czterdzieści i tak dalej.

Schemat jest prosty i łatwy w użyciu, toteż brać wędkarska zastanawiała się ostatnio, czy go nie

zapożyczyć do powszechnego stosowania. Dwa lata temu specjalna komisja Stowarzyszenia

Wędkarzy zaleciła przyjęcie tej metody, lecz sprzeciwili się temu niektórzy starsi wiekiem

członkowie. Powiedzieli, że schemat można by wziąć pod rozwagę, gdyby podwoić przelicznik,

to jest gdyby jedna ryba liczyła się za dwadzieścia.

Jeżeli zdarzy wam się kiedyś wolny wieczór nad górna Tamiza, wybierzcie się koniecznie do

którejś z tych niedużych wiejskich gospód i zajmijcie miejsce przy szynku. Ręczę, że spotkacie

tam jakichś moczy kijów, sączących grog, którzy w ciągu pół godziny uracza was taka liczba

wędkarskich anegdot, że przez miesiąc na sama myśl o rybach dostaniecie niestrawności.

George i ja - nie wiem, co się stało z Harrisem; wczesnym popołudniem poszedł się ogolić,

potem wrócił i spędził całe czterdzieści minut na szuwaksowaniu butów; od tej pory go nie

widzieliśmy - a zatem George, ja i pies, zostawieni samym sobie, drugiego wieczoru wybraliśmy

się na spacer do Wallingford. W drodze powrotnej zajrzeliśmy do niewielkiej nadrzecznej

oberży, żeby odsapnąć, jak również w innych sprawach.

Weszliśmy na sale i usiedliśmy. Był tam jakiś starszy jegomość, który palił długa gliniana

fajkę. Naturalnie ucięliśmy sobie z nim pogawędkę.

Powiedział nam, że piękna mieliśmy dziś pogodę, na co my odrzekliśmy, że i wczoraj było

ładnie, a potem zapewnialiśmy się wszyscy jeden przez drugiego, że i jutro można się spodziewać

słońca. George dodał, że zapowiadają się udane żniwa.

Potem się zgadało, że jesteśmy tu tylko przejazdem i następnego ranka odpływamy.

Nastąpiła przerwa w rozmowie, która wykorzystaliśmy na błądzenie wzrokiem po izbie.

Wreszcie nasze oczy spoczęły na starej, zakurzonej gablotce, wiszącej wysoko nad kominkiem,

w której tkwił pstrąg. Szczerze powiem, że mnie ten pstrąg zafrapował, taki był z niego wielki

byk. Na pierwszy rzut oka sadziłem nawet, że to dorsz.

- A! - odezwał się starszy pan, gdy się zorientował, na co patrzę. - Niezła sztuka, co?

- Dość niezwykła - mruknąłem, George zaś spytał naszego kompana, ile jego zdaniem waży.

- Osiemnaście funtów sześć uncji - odparł nasz przyjaciel, wstając i zdejmując płaszcz z wieszaka.

- Tak jest, za trzy miesiące będzie szesnaście lat, jakżem go złapał. Zaraz pod mostem,

na piskorza. Mówili, że ludzie widują w rzece wielkiego pstrąga, a ja na to, że będzie mój i żem

go złowił. Teraz to już nie ma takich dużych ryb, już nie ma. Dobranoc panom.

Po czym wyszedł i zostawił nas samych.

Nie potrafiliśmy oderwać wzroku od pstrąga. Była to rzeczywiście niezwykle dorodna ryba.

Dalej się na nią gapiliśmy, gdy miejscowy woźnica, który właśnie zatrzymał się na nocleg,

wszedł na sale z kuflem piwa w ręce i również spojrzał na rybę.

- Spora bestia, co? - spytał George, odwracając ku niemu głowę.

- Święta prawda, proszę pana - odparł woźnica, po czym, łyknąwszy piwa, zagaił: - Pana tu nie

było, jak ten pstrąg został złowiony?

- Nie - odpowiedzieliśmy. - Jesteśmy tu tylko przejazdem.

- Znakiem tego jasne, że was przy tym nie było. Niedługo minie piec lat, jak złowiłem tego

pstrąga.

- A! Czyli to pan go złowił? - zainteresowałem się.

- Tak, proszę pana - odparł nasz sympatyczny rozmówca. - Złapałem go zaraz pod śluza,

znaczy, gdzie teraz jest śluza, bo wtedy jeszcze nie było - jednego dnia w piątek po południu.

Największy dziw, że złapałem go na muszkę. Wybrałem się na szczupaki, o pstrągach ani

myślałem, wiec jak ujrzałem to bydle na końcu żyłki, to aż oczy przecierałem, takem się

zdziwił. Wystawcie sobie panowie, pstrąg, co waży dwadzieścia sześć funtów! Moje uszanowanie

panom.

Piec minut później wszedł trzeci człowiek, który z kolei złapał pstrąga wcześnie rano, na ukleje.

Gdy wyszedł, jego miejsce zajął dostojny, flegmatyczny osobnik w średnim wieku, który

usiadł pod oknem.

Przez jakiś czas nikt nie zabierał głosu, lecz w końcu George zwrócił się do przybysza:

- Najmocniej przepraszam, pan wybaczy poufałość, ale jesteśmy tu obcy, a chcielibyśmy

wiedzieć, jak pan złowił tego pstrąga.

-A kto panom powiedział, że to ja go złapałem? - spytał zaskoczony.

Wytłumaczyliśmy mu, że nikt nam nic nie mówił, tylko jakiś szósty zmysł nam podszepnął, że

to właśnie on może sobie przypisać to wspaniałe osiągniecie.

-Ależ to zupełnie niezwykłe! - odparł flegmatyczny jegomość. -Albowiem macie panowie

najzupełniejsza racje: istotnie, to ja go złapałem. Ale jak też się panowie domyślili?

Następnie opowiedział nam, że cała operacja trwała pół godziny i że złamał przy tym wędkę.

Po powrocie do domu starannie zważył pstrąga i wskazówka zatrzymała się na trzydziestu

czterech funtach.

Flegmatyczny osobnik również nas wkrótce opuścił, a po nim przyszedł oberżysta. Gdy powtórzyliśmy

mu rozmaite historie o pstrągu, jakimi nas uraczono, był szczerze ubawiony i

uśmiał się serdecznie.

- A to świetne, żeby akurat Jim Bates, Joe Muggles, pan Jones i stary Billy Maunders opowiadali

takie rzeczy! Cha, cha, cha! Jak pragnę zdrowia! - dziwował się zażywny starszy pan,

lecz bez urazy. - Tak, oni są pierwsi do tego, żeby złapać pstrąga i dać go komuś w prezencie,

powiesić go u kogoś innego nad kominkiem! Cha, cha, cha!

Następnie opowiedział nam prawdziwa historie tej ryby. Okazało się, że to on ja złapał, wiele

lat temu, gdy był jeszcze podrostkiem - Już za młodu miał tak wprawna rękę? Nic podobnego!

Po prostu, w swych niezgłębionych wyrokach, szczęście uśmiechnie się czasem do nieopierzonego

młokosa, który zwagaruje ze szkoły i w słoneczne popołudnie pójdzie nad rzekę z

kawałkiem żyłki przywiązanej do gałęzi drzewa.

Wróciwszy do domu z takim wspaniałym trofeum, chłopiec nie dostał nawet lania, a wychowawca

orzekł, że ryba warta jest dwóch klasówek i trzech ćwiczeń z trygonometrii razem

wziętych.

W tym momencie oberżysta został wywołany z sali, a my z George'em ponownie zwróciliśmy

spojrzenia na rybę.

Rzeczywiście był to zdumiewający pstrąg. Im dłużej patrzyliśmy, tym większy ogarniał nas

podziw.

George tak się nim zainteresował, że stanął na oparciu krzesła, aby przyjrzeć się rybie z bliska.

Krzesło zachybotało, a George w panice złapał za gablotkę, która z hukiem spadła na podłogę,

a na nią George i krzesło.

- Nic mu się nie stało? - zawołałem przerażony, podbiegająca do pobojowiska.

- Mam nadzieje, że nie - odparł George, wstając ostrożnie i rozglądając się wokoło.

Niestety! Pstrąg leżał roztrzaskany na tysiąc kawałków - mówię tysiąc, ale mogło ich być tylko

dziewięćset. Nie liczyłem.

Nie mogliśmy zrozumieć, w jaki sposób wypchany pstrąg mógł się tak potłuc w drobny mak.

Bo rzeczywiście byłoby to niezrozumiałe, gdybyśmy mieli do czynienia z wypchanym pstrągiem.

Sprawa przedstawiała się jednak inaczej.

Pstrąg był z gipsu.

PiotrSzlezak

Komentarze: 0