Polski Związek Wędkarski - Koło "Okoń"

Czy chciałbyś aby zawody były organizowane również w sobotę?



Statystyki

17.11.2019

Gości online: 12

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 355

Najnowszy użytkownik: Kostuh

Shoutbox

11.01.2011 05:20

TW Bolek

Coś na wesoło, w formie podobne do opowiadań o kotach...

Rozpoczęcie sezonu szczupakowego... Łażę ze spinningiem wzdłuż brzegów .... już ładnych parę godzin, pogoda jest jak marzenie, cieplutko z leciutkim wiaterkiem, przyroda wokół aż buzuje i tylko te cholery pod wodą nie chcą za grosz współpracować. Nic to, sięgam do plecaka, wyjmuję browarka i rozkoszując się napojem, bezmyślnie gapię się na wodę. Gdzieś w połowie rzeki zaczyna buszować boleń. Raz po raz obserwuję wybuch gejzeru wody i paniczne ucieczki drobnicy. E tam - myślę sobie, rozkoszując się lenistwem, za daleko - nie sięgnę, drugi leń podpowiada, że i przynęt rapowych nie ma w pudełkach, więc odpuszczam. Rapsko staje się jednak coraz bardziej bezczelne, grasuje dosłownie pod moimi nogami, jakby chciało mnie sprowokować do działania. Mam do wyboru albo się ze wstydem wynieść, albo rzucić parę razy na odczepnego, aby wypłoszyć nieproszonego gościa. Uderza już za pierwszym rzutem, nie jest zbyt duży i błyskawicznie ląduje na brzegu. Teraz leży na piasku, ciężko poruszając skrzelami, a ja z ciekawością oglądam jego płetwę ogonową, której brakuje górnej części.
- Co się tak gapisz, rapy nie widziałeś?
- Takiej z felernym ogonem to jeszcze nie – odpowiadam machinalnie, rozglądając się dookoła, gdzie jest mój rozmówca.
- Wypraszam sobie to określenie w stosunku do mojego ogona – słyszę teraz wyraźnie słowa płynące z rybiego pyska. - To pamiątka po sandaczu-bandycie, który w dzieciństwie pomylił mnie z ukleją i tylko dzięki wrodzonej zwrotności udało mi się ujść z życiem.

Gapię się z rozdziawioną gębą na gadającą rybę i już zamierzam coś powiedzieć o złotej rybce, kiedy boleń mnie uprzedza.
- Może byś mnie już wypuścił, tylko nie wyobrażaj sobie żadnych numerów ze złotą rybką i trzema życzeniami, nie ten kolor ryby i nie te czasy. Słowem nie ta bajka – dorzuca.
- Dla mnie to wszystko jedno złota czy srebrna rybka, jakaś rekompensata za utratę trofeum się należy - mówię patrząc na bolka z góry, a ten, chytra sztuka, błyskawicznie uderza w pokorne tony.
- Jakie tam ze mnie trofeum, dużo ości, mięso kiepskie, ot taki łosoś dla ubogich, a ty patrząc na sprzęt do biedaków nie należysz – podbija moje ego.
- No to jak będzie, bo mi już skrzela wysychają – pyta z napięciem w głosie.
Biorę go w ręce, by wypuścić do rzeki, kiedy nagle przychodzi mi do głowy szatański pomysł. Odzywam się do bolenia tymi słowy:
- Ty koleś na złotą rybkę rzeczywiście nie wyglądasz, ale pływasz tu i tam po rzece, widujesz mniejszych i większych pobratymców, to może wystawisz mi trzech dużych drapieżników, szczupłego, sandała i dużą kijanę.
- Ty kapusia chcesz ze mnie zrobić, mam sprzedawać swoich braci? – zabulgotał wzburzony boleń.
- No tak, nawet będzie to znajomo brzmiało, TW „Bolek”. A z tymi braćmi to nie przesadzaj, oni prędzej zrobiliby z ciebie przekąskę niż ja.
- No to jak, stoi umowa? – pytam.
- Diabli nadali tą fałszywą ukleję - złorzeczy rapsko.
- Stoi – odpowiada wreszcie – Szczupłego znajdziesz w najbliższym zakolu, idąc w górę rzeki, siedzi z prawej strony zwalonej olchy.
- Duży jest?
- Tak na oko ponad piątkę.
- OK. A sandała i kijanę wystaw mi pierwszego dnia po zakończeniu okresów ochronnych.
- A jaką mam gwarancję, że nie kłamiesz? – dodaję po chwili zastanowienia.
- Nie masz żadnej – odpowiada, z trudem łapiąc powietrze - i pośpiesz się, bo będziesz mnie miał na sumieniu.

Delikatnie biorę rybę i wkładam do wody, natleniając jej skrzela. Po minucie odpływa i unosząc pyszczek nad wodę krzyczy:
- Dziękuję i do zobaczenia 1 czerwca.
Przez chwilę rozmyślam o niesamowitym spotkaniu. Co mi szkodzi spróbować, jak mnie wyrolowała to i tak nikt się nie dowie – mruczę do siebie zmierzając w kierunku zakola.

Jednak jest tak, jak obiecywał mój informator. Gdy tylko celnie przeciągnąłem twistera obok leżącego w wodzie konaru, poczułem gwałtowne uderzenie, błyskawiczne zacięcie i oto holuję pierwszy owoc współpracy z TW Bolkiem.

Pierwszego czerwca i lipca melduje się także nad rzeką, z lornetką. Szybko wypatruje postrzępioną płetwę mojego bolenia i idąc brzegiem, namierzam miejscówki z sandaczem i sumem. W obu przypadkach zapasy trwają trochę dłużej niż ze szczupakiem, ale efekt przerasta moje oczekiwania, bo już na początku sezonu mogę pochwalić się trzema medalowymi rybami, gdy dookoła wędkarze narzekają na totalne bezrybie. Moja pozycja w środowisku gwałtownie rośnie, jedni chcą umawiać się na wspólne wyprawy, drudzy śledzą każdy krok nad rzeką.

Czas letni biegnie jednak nieubłaganie do końca, a ja powoli zapominam o wcześniejszych dokonaniach. Na nic kolejne dni spędzane nad wodą, pozostaje mi tylko nadzieja na kolejne spotkanie z TW Bolkiem. Widuje go bardzo często, jak wykonuje swój taniec w pogoni za uklejami, czasami zapędza się dosłownie pod moje nogi, niestety skusić się na przynętę nie ma zamiaru, a ja odnoszę wrażenie, że chce się wręcz na mnie odegrać.

Karta odwróciła się niespodziewanie pewnego przedpołudnia, gdy ratując się przed natarczywym słońcem, założyłem na głowę kapelusz. W kolejnym rzucie mocne uderzenie, przeciwnik idzie bez żadnego oporu i po chwili moim oczom ukazuje się mój agent w całej swej rybiej krasie.
- Mam Cię bratku – pomyślałem, teraz każę ci sprzedać miejscówki do końca sezonu. Ale boleń jest szybszy ode mnie.
- Tylko sobie nie myśl, że skusiłam się na te twoje przynęty, w ten sposób to możesz sobie młócić wodę aż do zimy, pozwoliłam się pochwycić, bo chcę ubić z tobą interes.
- Interes, a jaki? – pytam, wietrząc dla siebie szansę.
- Chodzi mi o tą ładną biżuterię, którą masz na kapeluszu.
- A, ten znaczek, to z WCP, takiego koleżeńskiego portalu wędkarskiego – wyjaśniam.
- Podoba mi się, ubijemy interes, wepniesz mi to w płetwę grzbietową, a ja wystawię ci ładnego sandacza - proponuje agent.
- To dobry interes dla ciebie? Po co ci taka ozdoba? - pytam zaciekawiony.
- Nie zwróciłeś uwagi, ale ja jestem damą – odpowiada jakby lekko się rumieniąc – no i ten sandał mnie wkurza, łachudra gania ukleje na moim rewirze.
- Wykorzystując babską próżność, próbuję  jeszcze ugrać coś więcej dla siebie…  i Bolcia dorzuca mi w zamian ładną rynnę z brzanami, w sam raz na ciężkiego feederka. Teraz nasza współpraca nabiera tempa, ja dosłownie przebieram w trofeach, a moja informatorka wygląda jak żywa reklama sklepu ze świecidełkami. Ta sielanka jednak kończy się równie niespodziewanie, jak się zaczęła. Wyciągnięta na brzeg w końcówce września Bolcia wygląda strasznie - wystrzępione płetwy, rany na bokach i ogonie.
- Wpadłaś na piłę tarczową – próbuję żartować.
- To nie jest wcale śmieszne – odpowiada ponuro – zdejmij ze mnie tę biżuterię, bo to przez nią te moje kłopoty.
- Jakie kłopoty? – pytam współczująco, wyciągając z płetwy kolejną odznakę.
- Ano skojarzyli łobuzy moją biżuterię z ostatnimi wpadkami paru grubych fiszy i wydali na mnie wyrok. Dobrze przynajmniej, że z lenistwa zlecili to młodym i zapalczywym pistoletom, to się jakoś wykaraskałam. Na dłuższą metę jednak tak dalej nie pociągnę i muszę się stąd ewakuować. Ruszę gdzieś na graniczny Bug, gdzie mnie nie będą ścigać i rozpocznę nowe życie.
- Szkoda – szepczę. - Co ja bez ciebie zrobię?
- Nauczysz się łowić – odpowiada zgryźliwie, by za chwilę łagodniej dodać…
- Nie przejmuj się, żeby moim pobratymcom się nie wydawało, że tak łatwo ze mną wygrali, masz w prezencie to – rzekła wypluwając na piasek mały, elektroniczny gadżet.
- Co to jest? – pytam zaciekawiony.
Pamięć do GPS, którego utopił nieopodal jakiś nadziany wędkarz, nagrałam na niej miejscówki na prawie dwudziestu kilometrach, jak się rzeka nie zmieni będziesz miał zajęcie na parę lat.
- Dzięki za wszystko – z trudem hamuję łzy.
- No nie maż się, daj buziaka na pożegnanie i wypuść mnie z powrotem – kończy Bolcia.

Potem niosę ją ostrożnie do wody, delikatnymi ruchami natleniam skrzela i patrzę z żalem, jak odpływa gdzieś w dal, gdzie nie ma już ludzi od haków i tropicieli z IPN.

ZEB

Komentarze: 0